Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 10
Pośredniej drogi nie ma. W zastępstwie jej są błyskawiczne chwile upojenia, które dom, rodzinę, dzieci oblewają blaskiem świętości. Szereg takich chwil — oto nasze szczęście domowe. Dlatego to zapewne jest ono dla nas droższem niż dla innych. Droższemi są dla nas ojciec, matka, bracia i siostry, żona i dzieci, bo patrzymy na nie jak na ofiary, które lada moment trzeba rzucić w ogień, zwany ołtarzem ojczyzny. Ofiara Abrahama powtarza się u nas bardzo często. Nie ma tylko anioła, któryby nóż w powietrzu wstrzymał. Noże w Polsce sięgają do głębi serc i boleśnie kaleczą.
Nóż tego rodzaju trzymał Piotr wzniesiony nad żoną, ale mimowiednie. Miał spełnić ofiarę, lecz bez premedytacyi. Uważał to jako rzecz tak prostą i naturalną, że ani się nad tem zastanawiał. Kochał żonę, lecz bardziej niż żonę, Polskę, a Polska wołała:
— Do broni!...
Dziwił go smutek Rózi i jej niepokój.
— Czegoś ty smutna!... — mówił do niej w chwilach upojenia. — Powinnaś być wesołą... Zbliża, się chwila wielka, piękna, uroczysta...
— Uroczysta... — odpowiadała z westchnieniem Rózia — ale zarazem bolesna...
— Bolesna?!... — ze zdziwieniem pytał ją mąż.
Ona przypadała twarzą do jego piersi, otaczała go ramionami i nie śmiała odpowiadać — nie śmiała nawet nad odpowiedzią myśleć. Rozstanie przypuszczała, lecz więcej nic