Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 17
giną... Ej, bo oni to oczyszczenie sprowadzą... Strach ani narzekanie nic nie pomoże...
Piotr westchnął, głową, jakby dla spędzenia z niej czarnych myśli, wtrząsnął, wyprostował się, uśmiechnął i, zatrzymując się przed Srulem, odpowiedział:
— Masz racyę... Nie czas już myśleć o tem, coby być mogło... Ta myśl mnie przestraszyła, ale już się nie boję... Już przestrach przeminął... Przestańmy mówić o tem... Cóż tam słychać?...
— Nu, w Warszawie już dobrze...
— Cóż słychać tutaj?...
— Jadę prosto z Merecza, od zasidatela... Wun chodzi jakby zwaryował i nie wie co z sobą robić... Chciałby uciekać, boi się; chciałby zostać, boi się... Uciekać się boi, żeby go ze służby nie wypędzili, zostać się boi, żeby
o nim wielmożny pan nie przypomniał sobie. Dlatego wysłał mnie do wielmożnego pana
i kazał powiedzieć, że on chce do Polaków przystać... że będzie służył wiernie jak pies, i donosił wszystko, co mu robić rozkażą, tylko aby go wielmożny pan nie prześladował, i aby mu pan taką samą pensyę płacił, jak brał dotąd
Piotr się roześmiał głośno.
— Powiedział mi — ciągnął Srul — że tą pensyą, co mu wielmożny pan będzie płacił, ze mną się podzieli...
— A tą, co mu płacą dziś?... — zapytał Piotr.