Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 18
— Tę zapewne dla siebie zatrzyma... On chce tak zrobić: jeżeli się Polakom noga powinie, Polaków w pole wyprowadzić, jeżeli tamtym, to ich wyprowadzi...
— Poczciwa ryba... — mruknął Piotr pod nosem.
— Cóż mu na to odpowiedzieć?... — zapytał Srul.
— Co chcesz... Zaręcz mu tylko w mojem imieniu, że mu odemnie nic nie grozi...
— A pensya?...
— Pensyi mu płacić nie będę...
Żyd chciał coś na to powiedzieć i już usta otwierał, lecz na tem zakończył, że nic nie rzekł, tylko dłonią brodę pogładził.
Rozmowa nie trwała już długo. Srul odjechał. Piotr został sam i — dziwna rzecz! — zamiast wskoczyć na konia i oblecieć całą okolicę, pozostał w domu, wśród kobiet, które dowiedziawszy się o powstaniu, były tego przekonania, że nie będzie miał nic spieszniejszego, jak popędzić wichru lotem tam, gdzie się biją. Sędzina, Frania i Rózia już go opłakały — już każda z osobna, w modlitwie przed obrazem patronki Polski, poleciły go opiece Matki Zbawiciela. A on siedział w domu. Minął tydzień, drugi i trzeci; młodzież okoliczna po jednemu, po dwóch, po trzech wymykała się do Królestwa: Piotr się ani ruszył. Zdawało się, jakby wpadł raptem w jakieś oniemienie i osłupienie i to do tego stopnia, że nawet Rózia nie mogła z niego słówka wydobyć. Biedna ko-