Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 19
bieta nadaremnie do różnych niewieścich uciekała się sposobów — i pieściła i płakała i gniewała się — w końcu nie wiedziała, czego pragnąć, czy żeby takim milczącym i ponurym przy niej pozostał, czy żeby poszedł. Jako żona, mówiła, niech pozostanie; jako Polka niech idzie; jako kobieta, niech się uśmiechnie, niech przemówi. Piotr milczał, ogarnięty jakąś dziwną, niepojętą apatyą i to w czasie, kiedy cala dokoła okolica wrzała zapałem, kiedy ochocza młodzież, wynosząc się za Niemen, straszyła mimochodem sprawników i zasidatelów.
To jego postępowanie było dziwnem, niepojętem.
Powiedzieć należy, że od chwili, jak w okolicy Merecza gruchnęła wieść o powstaniu Poderniszki, rojące się przedtem gośćmi, nagle opustoszały. Wyjąwszy jednego Srula, nikt z sąsiadów ani spojrzał, z nie-sąsiadów przyjechał był jakiś młody nieznajomy, zabawił przez parę godzin, które spędził sam na sam na rozmowie z Piotrem, i odjechał.
Kobiety były bardzo pomartwione. Nie mogąc mówić z Piotrem, mówiły pomiędzy sobą. Na różne wpadały domysły, lecz żaden utrzymać się nie mógł. Sędzina się modliła, Rózia płakała, Frania się gniewała.
— Powiem prawdę — mówiła ta ostatnia — tegom się po Piotrze nie spodziewała... Za długo się namyśla...
A przy obiadach i wieczerzach wszczy-