Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 20
nała rozmowy o Wiczach, z których żaden nie ociągał się ze spieszeniem na pole walki, gdy ojczyzna wezwała.
Piotr tym rozmowom przysłuchiwał się obojętnie.
A nietylko Frania, ale i całe sąsiedztwo mówiło o nim, że się za długo namyśla, z przekąsnym następującej treści dodatkiem:
— O, patrzcie, jakim to tryskał zapałem, póki powstanie nie wybuchło!... a gdy wybuchło, siedzi cicho za piecem i za baby się; chowa...
— Nie dziw... — opowiadano — ma młodą żonę... żal rzucać... chce pierwej chrzciny sprawić...
Ten ostatni powód był domysłem, o którym pod wielkim sekretem mówiły pomiędzy sobą sędzina i Rózia. Frania nie była do tej, tajemnicy przypuszczoną. Dowiedział się o niej Piotr od żony; łzy mu się pod powiekami zakręciły; uścisnął ją, w usta i w czoło pocałował, ale nikomu się nie zwierzył. Jakim przeto sposobem w grudniu dowiedziało się sąsiedztwo o tem, co dopiero we Wrześniu stać się miało, to zaliczyć należy do owych tajemnic domyślności ludzkiej, która wnikać umie w najskrytsze domowego pożycia tajniki. Głośno mówiono, że Piotr, jeżeli wyruszy, to chyba po chrzcinach. W "chyba" dzwoniła ironja, która znaczyła, że wcale nie wyruszy.
Te gadania obiły się w końcu o uszy pana Nepomucena. Stary się martwił, zjechał