Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 22
nogi nieprzyjacielskiej by nie było... Dziś już na zaprowadzenie ładu i zaopatrywanie się za późno; ale powstać potrzeba, dla spełnienia ofiary... Gdy ta potrzeba stanie się koniecznością, wówczas i ja wystąpię... Unikają mnie; od kilku tygodni nikt do Poderniszek nie zajeżdżał; jest bowiem pewna przykrość w patrzeniu oko w oko własnemu sumieniowi, przedstawiającemu się pod postacią człowieka, który przypominał obowiązek, przepowiadał zdarzenie, błagał i groził. Ja tę przykrość rozumiem i tłumaczę, i dlatego, pomimo że najwygodniej dla mnie byłoby schować się w szeregach wojska naszego, chowam się w Poderniszkach, unikając zjazdów i obrad... Niech zjeżdżają się i obradują bezemnie... Ja z nimi powstanę... Wynurzenie się przed ojcem sprawiło mu pewną ulgę. Od tej chwili stał się weselszym i rozmowniejszym, ale z domu nie wyjeżdżał. Wziął się jednak do roboty. Z ludzi dworskich i z parobków wiejskich wysztyftował dwudziestu strzelców, których ćwiczył w obrotach i obchodzeniu się z bronią. Zbierał ich we dworze, wyprowadzał do lasu, uczył komendy i sygnałów, wprawiał do zasadzek i wstępnego boju. Amunicyi miał podostatkiem, broń jednakową i doskonałą: to wszystko bowiem przysposobił sobie zawczasu i w okrytych ołowiem pakach ukrył w miejscach, na które chyba cudem nieprzyjaciel mógłby trafić. Czas, który mu od tego zatrudnienia pozostawał obracał na lanie kul i robienie ładunków, któremi zajął żonę i jej siostrę.