Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 23
Rózia i panna Franciszka obcinały i kleiły papier i nadziewały go kulami i prochem. Wieczorami zaś pomagały sędzinie skubać szarpie i ciąć bandaże. Srul regularnie, dwa razy na tydzień, przywoził warszawskie gazety, a z niemi różne wiadomości, odnoszące się do ruchów wojsk nieprzyjacielskich i usposobienia władz.
Nie potrzebuję dodawać, że nasz Piotr należał do tych, których głowy były za twarde do zrozumienia strategiczno-politycznych powodów, zmuszających wodzów naszych z 1831 roku czekać na nieprzyjaciela pod Warszawą. Półtoramiesięczny czas, spędzony na niczem, wydawał się mu straconym, a przewalenie się armii Dybicza na lewy brzeg Bugu napełniało go obawą i żalem — obawą, ażeby ten stutysięczny ciężar ogromem swoim nie przywalił trzy. razy mniejszego wojska — żalem, że w razie niepowodzenia nie podzieli losu braci z nad Wisły. Po za obawą tą jednakże i tym żalem uśmiechała się do niego nadzieja, która mu do ucha szeptała, że tamtych trzech nie jest za wiele na jednego Polaka: że zatem nie jest niepodobieństwem, ażeby wojsko polskie pokonało armję, na jej piętach wkroczyło na Litwę i wykonało ten ruch strategiczno-polityczny. za Bug!, którego głośno i upornie domagał się instynkt ludowy.
— Waleczność naszych żołnierzy naprawi błędy jenerałów i niedołęztwo szlachty i przyniesie to, czego Litwie braknie, narodowy rząd i broń. Kołysał się tą nadzieją i czekał.
Z nim razem czekał pan Baltazar, kapitan Kluska, panowie Puszkiewicze i większa połowa tych, których widzieliśmy zgromadzonych na imieninach pana Baltazara. Powiadam, większa połowa, bo prawie cała młodzież, co pluła na sufit, przekradając się przez straże i mimo nieprzyjacielskich posterunków, dostała się do Warszawy i częścią siedziała na koniu z lancą w ręku, częścią chodziła w tornistrze pod karabinem. Pozostali sami starsi i poważniejsi obywatele.