Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 25
Doradców miał dwóch, Srula i Cezara. Pierwszego zadaniem było rozwiązanie pytania.
— Czy się Polacy w okolicy Merecza ruszą?... Drugi przekradał powstańców i z boku kontrolował pierwszego, któremu zasidatel nie zupełnie dowierzał, z powodu, że nie był złodziejem. Był mu jednakże potrzebnym. Cezar bowiem nie mógł jako szpieg służyć, raz dlatego, że zrobione w Rzymie odkrycie skompromitowało go w oczach szlachty, powtóre dla tego, że egzystencya jego była ukradkową. Opuścił turmę sposobem ucieczki. Nie mógł więc pokazywać się otwarcie. Żona jego i dzieci zamieszkały w Mereczu. On je odwiedzał, ale zawsze w nocy. Całe zaś dnie spędzał w lasach i po złodziejskich przytuliskach, jako wódz dobranej i wypróbowanej szajki, składającej się ze dwudziestu sześciu różnej wiary i narodowości ludzi. Z zasidatelem widywał się także w nocy. Widywanie się z tym ostatnim miewało miejsce bardzo często, a zawsze w Mereczu. Zasidatel bowiem od początku powstania prawie nie opuszczał miasteczka, w którem, mając na swoje rozkazy kilku inwalidów i kilkunastu przeznaczonych do patrolowania kozaków, czuł się jako tako bezpiecznym.
Konferencye jego ze Srulem i Cezarem kręciły się zawsze około jednego i tego samego przedmiotu. Pierwszy mu donosił, że szlachta siedzi cicho, drugi zdawał sprawę z odstawienia tego a tego ochotnika na taki a taki punkt. Tak szło aż do spóźnionych Giełguta, Chłapowskiego i Dembińskiego wypraw, to znaczy, że przez kilka miesięcy Mikołaj Pawłowicz zbierał plon, który w końcu doszedł do kilkunastu tysięcy rubli. Był to już człowiek zamożny, co go wielce cieszyło.
— Wot — mówił sam do siebie — człowiek się przecie doczekał... Starość jeszcze daleko, a pieniążki już są... Daj Boże zdrowie Polakom, że bunt zrobili... Człek leży sobie do góry brzuchem, a ruble jak woda płyną... Bez