Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 26
buntu, dla marnego grosza susz głowę, włócz się po śledztwach i komisyach, wymyślaj sprawy, nadstawiaj skóry...
— Ou! — zawołał. — Panna Rózia!... pani Piotrowa Nuszkiewiczowa!... Im się zdaje, że ja o nich zapomniał... Gołąbki!... Mikołaj Pawłowicz, gdy potrzeba, umie jak pies warować... Warował ja przez cały rok i jeszcze powaruję, ale w końcu ukąszę... o! ukąszę wściekłym zębem... I jemu nie daruję i jej nie daruję... Ja umiem czekać... Przez cały rok ten padlec szlachcic wiunem mi się z rąk wywijał... Czy on taki przebiegły?... czy też go jaki czar broni?... Ot, i teraz naprzykład płaci mi pensyę, jakby chciał coś robić, a nic nie robi. nawet z domu nie wyjeżdża... A ja od niego pensyi zażądał, ażeby go zachęcić, ośmielić, ażeby stał się mniej ostrożny i prędzej mi w łapy wlazł... On musi coś knuć, ten buntownik... Ja się przecież doczekam, że go złapię...
Gdy ostatni tego monologu wymówił wyraz, drzwi się otworzyły i wszedł Srul.
Było to wieczorem. W izbie, w której Mikołaj Pawłowicz, leżąc na kanapie z cybuchem w ręku, sam z sobą rozmawiał, panował zmrok i dlatego nie mógł widzieć lekko ironicznego uśmiechu na ustach żyda. Srul pokłonił się i pozdrowił zasidatela.
— Cóż tam słychać?... — zapytał jak zwykle ten ostatni — Polaki siedzą cicho?...
Srul chrząknął i nic nie odpowiedział.