Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 27
— Lubię ciebie, Srulu, za to, że same dobre nosisz wieści... Ja wolę, że Polaki u nas siedzą sobie cicho... Człek ma dochód pewny i spokojny...
— Ale czy tak długo będzie?... — podchwycił Srul.
— W tem sęk... Jabym chciał, żeby było jak najdłużej... Niechby sobie wykradali się za kordon na złamanie karku...
— Już oni się wykradać nie będą...
— Nie będą?... a to czemu?... — zapytał zasidatel głosem, w którym zadzwonił niepokój.
— Bo oni już zrobili powstanie tu...
— Tu!?... — krzyknął Mikołaj Pawłowicz i zerwał się z kanapy.
— Nie w Mereczu... — odparł żyd spokojnie — ale niedaleko... Nie widać, jak do Merecza przyjdą...
— Co mówisz!...
— Mówię, co wiem i com widział...
— Cóż ty widział?...
— Nu, wszystkich panów i wszystkich ekonomów, pisarzów, lokajów, pachołków, kucharzów i dużo parobków, a każdy ma w ręku strzelbę albo kosę, a za pasem pistolety, a nie jeden wsiadł na konia.
— Ty ich widział?...
— Widział na własne oczy, lepiej jak teraz oto wielmożnego pana, bo kiedy ja na nich patrzał, to był jasny dzień, a teraz kiedy patrzę na pana, to jest zmrok...
— Dużo ich?...
— Oj dużo...
— Gdzie oni?...
— Wszystkiemi drogami idą do Merecza.., Na te wyrazy zasidatel poskoczył ku
drzwiom i wybiegł do sieni. Z sieni powrócił i wbiegł do alkierza. Z alkierza wyszedł ze świecą w ręku. Był pomieszany, blady, usta mu drżały.
— Gdzie oni?... daleko?...
— Nie bardzo...
— Kiedy przyjdą?... dziś?... zaraz?...
— Nie zaraz... Nie dziś... Jutro koło południa niechybnie...
— Może dziś?...
— Ale nie... Oni idą powoli i często się zatrzymują, bo czekają na tych, co się ze wszystkich stron ściągają...