Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 28
Ja jechał bardzo prędko, żeby wielmożnemu panu dać znać... żeby wielmożny pan miał czas posłać po wojsko..
— Po jakie u djabła?...
— Nu, po to co stoi w Sejnach...
— Już go tam nie ma...
— To po to, co stoi w Kalwaryi, Marjampolu...
— I tam nie ma...
— To do Grodna...
— Tam wszystkiego dwie roty...
— To do Suwałk...
— Tam pół sotni kozaków...
Srul wymienił kolejno wszystkie w promieniu kilku mil od Merecza miejscowości, w których można było przypuszczać, że znajduje się nieprzyjaciel, i dowiedział się, gdzie i w jakiej stoi sile. Ściągnąwszy te wiadomości, zapytał:
— Nu, cóż z tego będzie?...
— Alboż ja wiem!... — odparł zasidatel. — Powiedz mi, w której stronie nie ma jeszcze powstańców?...
— Nie ma takiej strony... Wszędzie są...
— Ooou... — zawył Mikołaj Pawłowicz i w rozpaczy zwalił się na kanapę.
— Otóż to służba... Pisałem a pisałem
o wojsko, a oni zostawili człowieka z kilku inwalidami i kilkunastu kozakami i, choć ty giń!... Przyjdzie mi skończyć jak psu... Cóż oni tam mówią?...
— Mówią, że idą do Merecza i chcą kozaków zabrać a wielmożnego pana, to już nawet nie śmiem powiedzieć...
— Masz tobie!... — krzyknął zasidatel
i znów się zerwał — Ta czegóż oni odemnie chcą!... Taż ja dla nich był dobry!... Taż ja
na nich donosów nie pisał!... Taż ja ich sam do Warszawy przeprawiał!... Taż ja im wciąż mówił, że chcę do Polaków przystać!...
— Czy wielmożny pan to wszystko robił daremnie?... — wsunął Srul, tonem lekko na drwiny zakrawającym.
— Daremnie!... daremnie!... któżby broił daremnie!...
— Za wszystko Polaki płacili?...
— Nu!... a jakżeż chciałeś!... płacili...