Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 29
— Nu!... to oni chcą teraz zapłacić za to, że płacili,..
— Ooou... — zawył powtórnie Mikołaj Pawłowicz.
— Niech się pan nie turbuje... Niech pan im to wszystko powie i pięknie poprosi, to może oni uprosić się dadzą...
— Dziękuję!... — zawołał zasidatel — spuszczać się na prośbę, gdzie idzie o gardło!... Gdyby chodziło o co innego, nie mówię, ale o gardło!... Ooou!... Srulu!... Srulku!... Sruleczku.... co tu robić?...
— Co pan zechce... Najlepiej byłoby uciekać, tylko to nieszczęście, że oni wszystkie drogi zastąpili i chmarą idą do Merecza...
— Oto nieszczęście!... oto bieda!... otożem się doczekał na służbie...
— Gdzie idziesz?... — krzyknął, gdy postrzegł, że Srul ku drzwiom się cofa.
— Nu, ja sobie już idę, bo ja się boję, ażeby mnie nie powiesili, jakby się dowiedzieli, że się z panem wdaję...
— Zostań!...
— Nu! nie moge!... ja mam żonę i dzieci...
— Co mi tam twoja żona i dzieci!... zostań!...
I zastąpił odedrzwi. Zacisnął kułaki i zaśmiał się.
— Wielmożny pan chyba żartuje.. — odezwał się Srul.
— Będzie tobie żartuje!... tobie!... ty!.. poczciwy padlec!..
— No, nie baw się pan!... — rzekł Srul tonem, w którym zabrzmiał akcent rozkazu. — Ja nie mam czasu...
— Nie masz czasu?... o! proszę!... jak to mu pilno uciec od gałęzi... Ale nie ucieczesz... Ja im wszystko wyśpiewam...