Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 3
Kiedy pozostał sam, taki sobie palnął monolog:
— Czort pabieri ! Ten ptaszek (czytaj Piotr) wymknął się mi przed ślubem... Ha, nie ma rady... Spoluję ja go po ślubie.. Nie dam mu spokoju w miesiącu miodowym...
— W miodowym miesiącu!... — krzyknął, gwałtownie po chwili zamyślenia.
I szerokimi krokami począł chodzić po kancelaryjnej izbie. Chodził długo. Z ust, gniewnym wyrzucane tonem, padały mu od czasu do czasu, to krótkie frazesy, to pojedyńcze wyrazy.
— Maszennik!....
— Wolnodumiec!... Najpierwszy buntownik!...
— Ja mu dam miodowy miesiąc!... Zgrzytał zębami i do krwi gryzł palce
kułaków zaciśnionych.
— Ten padlec, Cezar, dał się wziąść, jak ostatni dureń!... Urwała mi się nitka... Trzeba ją znów nawiązać...
Po chwili krzyknął przezedrzwi:
— Grysza!... wodki!....
Gdy Grysza przyniósł sztof i szklankę i postawił na stole, zasidatel kazał mu przyprowadzić Cezara.
Wypił duszkiem szklankę gorzałki i chodził dalej.
— Cóż ty Cezar?... — zapytał, gdy żyd, przestąpiwszy z trudnością, z powodu dyb, próg, pozostał z nim sam na sam w izbie. — Dałeś się wziąść, niby jaki ślepy ptak... Wytropili cię po śladach, jak zająca...
— To nie jest prawda!... — odpowiedział Cezar.
— Jak to, nie prawda!... Wyraźnie stoi w raporcie, że śladem marszałkowskich koni doszli aż do Rzymu...