Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 33
Bezkarnie deptano ją w różnych kierunkach, ciągnięto z niej przeciwko niej środki do prowadzenia walki z Polską, a ona czekała. Aż doczekała się spóźnionego i niedołęztwem z góry nacechowanego wkroczenia oddziałów polskich.
I powstała.
Było to — jak wyżej powiedziałem — powstanie sztuczne: bo naturalne byłoby się odbyło bez czekania: bo zgóry, w przeciągu ośmnastu lat, byłoby wytworzyło własną ad ministracyę, wojenne kadry i pod tą samą murawą, pod którą spoczywają kości przodków, ukryte narodowe arsenały. Na to było czasu dość — ośmnaście lat, które się zmarnowały na plucie na sufity. Przynajmniej się poczciwa Litwa ubawiła.
Bądź co bądź, wybiła dla niej wielka godzina. Oddziały wkroczyły. Nazwiska Giełguda i Dębińskiego, stały się strumieniami elektryki. W okolicy Merecza zrobił się ruch wielki. Szlachcice zamieszkali na wózkach, które się krzyżowały po wszystkich drogach, zajeżdżając kolejno od dworka do dworka. Hasłem tego ruchu było:
— Potrzeba porozumieć się...
Porozumienie się jednakże szło zrazu tępo. Nikt nikogo w domu nie zastał. Pan Paweł pojechał do pana Gawła, pan Gaweł do pana Mateusza, pan Mateusz do pana Macieja itd. itd. itd. Krążenie szlachty podobnem było do fermentu wina, kiedy gazy po beczce się gonią. Wózki, dryndulki, karjolki, proste wozy i kocze terkotały po litewskich drogach, zostawiając tu i owdzie po sobie ślady pękniętych kół i złamanych osi.
Szlachcice łapali jeden drugiego mimojazdem.
— Stój!... stój!... — wolał na cale gardło pan Paweł, spostrzegłszy jadącego naprzeciw pana Macieja.
— Stój!... stój!... — wolał pan Maciej na pana Pawła.