Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 34
Stanęli, razem z wózków wyskoczyli i idą ku sobie. I rzucili się jeden drugiemu w objęcia. Sciskają się. Chcieliby pomówić ze sobą — nie mogą — płączą. Sciskają się i płaczą. Łzy im płyną po policzkach i z wąsów kapią, a oczy radością strzelają, a z ust jeden tylko od czasu do czasu wydziera się wyraz:
— Dębiński...
Wyściskać się, napłakali, powtórzyli kilka razy Dębiński, wsiedli na wózki i pojechai dalej.
Takim był prolog porozumienia się. Z niego wynikło kilka tu i owdzie zaimprowizowanych zjazdów, z których wywiązał się jeden i drugi zjazd w Przetakach, u pana Nepomucyna Nuszkiewicza — pierwszy mniejszy, drugi ogólny.
O pierwszym niema co pisać. Był on wstępem.
Udecydowano na nim tylko dzień, w którym odbyć się ma ogólny. Zaproszono marszałka i całą szlachtę. Pan Nepomucyn rozpisał pewien rodzaj wici. Obecni podjęli się rozwieść je w okolicy.
Na oznaczony dzień, z okręgu sześciomilowego promienia, zjechało się do Przetak cale sąsiedztwo w męzkiej swojej połowie. Z kobiet przyjechały tylko Rózia i panna Franciszka — pierwsza, jako synowa, w celu wypełnienia funkcyi gospodyni domu, druga w celu pomagania siostrze. Pan Nepomucen był wdowcem od wielu już lat, gdy przeto wypadała po-