Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 35
trzeba nakarmić i napoić kilka, albo kilkanaście tuzinów ludzi, obecność kobiety w domu była konieczną. Tę konieczność, od czasu wyjścia za Piotra, pełniła Rózia, a pełniła ją z wielkim pożytkiem gości, z całym wdziękiem młodej mężatki i z wielką dla pana Nepomucena pociechą.
Dwór w Przetakach był stary, jak gospodarz pochylony, poszyty słomą, ocieniony opiekuńczymi konarami rozłożystych grusz, oparty tyłem o obszerny a gęsty fruktowy ogród, okolony z przodu rozległem podwórzem, na którego środku rosła lipa, rzucająca szeroko cień. Pod tą lipą stała ławeczka i stolik Pan Nepomucen nazywał ją najparadniejszym w Przetakach salonem, bo zasianym kobiercem murawy i okrytym zielonem liści sklepieniem. Salon ten, w razie licznego zgromadzenia, służył jako dopełnienie dworu, który nie był bardzo obszerny. Jak tylko zgromadzenie przechodziło liczbę trzydziestu osób, trzeba było wynosić się pod lipę.
Pod lipą tedy, na podwórzu, odbyła się narada szlachecka, na którą stawili się wszyscy bez wyjątku. Zebranie przeto było liczne, liczniejsze jak kiedykolwiek na imieniny lub inną jaką okazję. Przybyli bowiem nietylko ci, co po imieninach jeździli i kuligi wyprawiali, ale i szaraczki, chodaczki, zaścianki, wozami i piechotą, w łapciach i bez łapciów. Przybyli — bo okazya była nadzwyczajna — imieniny ojczyzny, i trzeba było wyprawić kulig,