Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 37
koniu. Cały tłum drobnej szlachty zoczył go od razu i krzyknął:
— Niech żyje!...
Jego ukazanie się było niby hasłem do objawów zapału. Tłum cichy dotychczas, podzielony na gromadki, półgłosem rozmowy tocząc: zbiegł się około jeźdzca, ścisnął się, ściągnął go z konia, podniósł do góry i przy okrzykach niech żyje! zaniósł na barkach pod lipę i gestem otoczył ją kołem.
Pod lipą, na ławkach, siedział wyskok szlacheckiego społeczeństwa: poważny wiekiem i zasługami eksmarszałek, pan Nepomucen Nuszkiewicz, poważny piastowanym urzędem, pan Balzar Trocki, poważny spółubieganiem się o marszałkowskie dostojeństwo, pan Szymkiewicz i obaj panowie Puszkiewicze, i sędzia pan Szymkajło, i wielu innych okrytych szronem wieku, świecących łysinami, imponujących majątkiem lub złożonemi na ołtarzu ojczyzny ofiarami, i kapitan Kluska i inni. Z młodych nie było nikogo, wyjąwszy kilku młodzików, których ojcowie przywieźli dla pokazania im poważnego obywatelskiego zgromadzenia. Do wyjątków zaliczyć należy pana Piotra, którego drobna szlachta przyniosła na rękach.
Z przybyciem Piotra rozpoczęła się narada. Zagaił ją pan Nepomucen krótkim a treściwym dla zgromadzenia wykładem, który najdosadniej wytłomaczyła proklamacya jenerała Dębińskiego. Pan Nepomucen odczytał