Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 4
— To nie jest prawda... — powtórzył żyd dobitnie — konie przyszły nie z Wołczyka, a z przeciwnej strony... Siadów żadnych nie było... W tem musi być coś innego... Ktoś mnie musiał wydać, bo ekonom wprost poszedł do stajni i odrazu znalazł drzwi.
Zasidatel zaklął wielką klątwą.
— Któżby to mógł być?...
— Alboż ja wiem!... — odparł żyd. — Ba ! gdybym wiedział...
— Nie masz podejrzenia na kogo?...
— Na nikogo... Zasidatel znów zaklął.
— Najgorzej, że nie ma komu pilnować tego buntownika... Ciebie ze trzy przynajmniej miesiące muszę w turmie wytrzymać, a choć i puszczę, choćbym dziś puścił, to ty już do niczego... Już dla ciebie zamknięte drzwi dworu poderniskiego... Kogoby na twoje postawić miejsce?...
— Jeżeli wielmożny pan nie ma kogo, nu to ja może będę mógł naraić...
— Kogo?...
— Srula z Lejpuńskiej karczmy...
— Nu?...
— Nu... Ja go znam bardzo dobrze... On dawniej był paczkarzem, zarobił trochę grosza i wziął arendę... To żydek, co słyszy jak trawa rośnie, i z panem Nuszkiewiczem oni się znają, jak łyse konie...
— Nie szczególna dla Srula rekomendacya...
— Wcale szczególna... Ja posiadał ufność pani Wieżowej, i ta ufność dawała mi możność śledzenia młodego Nuszkiewicza... on zaś posiada ufność samego Nuszkiewicza... Nu?.
— Ale ja jego nie mam w ręku... — zarzucił zasidatel.
— A to na co?...
— Na to, żebym go mógł w katorgę posłać, gdyby skrewił; na to, żebym nad nim, jak nad tobą, miał w każdej minucie zawieszony knut i piętno...