Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 46
nim przystąpimy do wyboru wodza, zastanów my się, jakim wódz nasz być powinien... Powiedziałem wam o taktyce i strategji... Otoż wódz...
To mu szmer przerwał.
— Wódz!... — podniesionym huknął głosem. Szmer się wzmógł.
— Do kroćset par kartaczów i granatów!... — krzyknął gniewnie i nogą tupnął.
I raptem znikł. Tupnąwszy nogą, wybił dno i z dnem razem do beczki wpadł.
Grzmotny śmiech pokrył niefortunny ten wypadek, który się stał dla kapitana arcy-pomyślnym. Okrzyknięto go wodzem.
— Wiwat kapitan Kluska!... wiwat wódz!... Wyciągnięto go z beczki i podniesiono
do góry. Szlachta na rękach obniosła wodza do koła podwórza. Na cześć jego krzyczano wiwaty.
Kapitan natychmiast rozpoczął urzędowanie. Pierwszy jego rozkaz był:
— Marsz!... do obiadu!.,.
— Niech żyje wódz!... — krzyczała szlachta i ruszyła hurmem do ogrodu, gdzie na długich stołach, w olbrzymiej wielkości misach kurzył się barszcz boćwiną zaprawny.
Kapitan, otoczony powiatowymi dygnitarzami, na poczestnem zasiadł miejscu i poważną zagaił rozmowę.
Pan Baltazar uskarżał się, że narada urwała się nagłe, miał bowiem jeszcze do mówienia o dwóch drogach, pokojowej i wojennej.