Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 48
mieli nic innego, tylko pistolet ze sznurkiem przywiązanem półkurczem, lub kij z ćwiekiem; dzidę reprezentujący.
Obozowi temu dowodził kapitan Kluska. Liczył on mniej niż tysiąc, a więcej niż pięćset ludzi. Poznanie dokładnej liczby odkładał wódz do zaprowadzenia kontroli, wykreśleniem z której straszył tymczasem tych, którzy mieliby, lub mieć mogli ochotę wykraczać przeciwko subordynacyi. Samo-zaprowadzenie subordynacyi odkładał także na później, przez wzgląd na płeć piękną, której w obozie było bodaj czy nie więcej, aniżeli żołnierzy.
To też z tej przyczyny obóz przedstawiał się nie tyle, jako wojsko, ile, jako tabór pokolenia wędrownego. Obszerną równinę do koła Rzymu zapełniały powozy różnego kształtu natury i wieku, kryte i niekryte, na resorach i bez resorów, malowane i nie malowane. Te powozy, każdy z osobna, był prowizorycznem powstańca mieszkaniem, wypakowanem rozmaitemi, w miarę zamożności, wykwintnymi lub mniej wykwintnymi zapasami i specyałami, mogącymi człowiekowi miernego apetytu na trzy miesiące wystarczyć. Szynki, półgąski, wędzone ozory, różne pieczywa z drobiu i ciasta, wszelkiego gatunku nalewki całemi stały furami. We właściwym obozie kręciło się trochę szlachty drobnej. Przed karczmą stało szeregiem pięć kozłów, po cztery sztućce w każdym, a przed niemi chodzi! strzelec na warcie. Była to jedynie militarnie wyglądająca warta przy