Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 5
Mnie takich potrzeba, jak ty, padleców, szubieniczników, złodziejów, rozbójników; a tacy, poczciwi (ten wyraz ze szczególnie pogardliwym wymówił przyciskiem), nie przydatni są ani nawet na wyściółki do butów... Rozumiesz?...
— A jak innego nie ma...
— Czort pabieri !... — mruknął zasidatel i, wychyliwszy drugą szklankę wódki, zamyślił się.
— Jest — ciągnął Cezar — złodziejów i rozbójników niczego... Jest ich dwudziestu kilku.. Cóż z tego!... kiedy żaden z nich nie przyda się wielmożnemu panu!...
— Jakże się do tego Srula brać?...
— Ja wielmożnemu panu dam taki znaczek, że on pana od pierwszego posłucha słowa...
— Dawaj...
— Ale niech mnie wielmożny pan nie trzyma długo...
— Tylko trzy miesiące...
— Aj waj!...
— O! nic nie pomoże... Musisz, brat, trzymiesiące wysiedzieć... Taż tyle mam śledztw! w Poderniszkach, w Wołczyku, a wszędzie trzeba zjeżdżać na grunt i ciągnąć doprosy, i pisać i przepisywać... Dawaj znaczek...
Żyd z wyrazem nieukontentowania w pejsy się poskrobał i, wyciągnąwszy ze spodniego kaftanika, przy którym do koła wiszą węzełki, z jednego węzełka nitkę, uwiązał ją w kluczkę, na końcach zawiązał kilka węzełków i podał zasidatelowi.
— Pokaż pan Srulowi tę kluczkę, a on będzie z panem gadał jak z bratem rodzonym...
Zasidatel wziął to w palce, przypatrywał się, oglądał i podziwiał, wydając od czasu do czasu okrzyki:
— Wot sztuka!.... Wot kakuju, sukinsyn, wykinuł sztuku !... Wy, jewrei, macie znaki, których sam czart nie zrozumie!...
Podziwiając, palnął sobie od niechcenia trzecią szklankę wódki, huknął na Gryszę i kazał mu odprowadzić Cezara do turmy i konie zaprzęgać. Grysza ujął Cezara za jeden z pejsów i wyprowadził. Zasidatel spuścił w gardło szklankę czwartą.
— Czort pabieri !... — zawołał sam do siebie.