Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 51
— Ależ, pani dobrodziejko...
— Ja przez noc całą piekłam dla pana kapitana te mandrzyki, które pan kapitan tak lubi...
— No, niechże pani dobrodziejka będzie spokojną, ja go zaawansuje przy pierwszej sposobności...
— Czyż może być sposobność lepsza, jak teraz?...
— No, to go zaawansuje teraz; każę mu napisać nominacyę na porucznika...
— Bójże się Boga, panie kapitanie!... Tylko porucznika?... A pan Pafnucy jest kapitanem.
— W porządnem wojsku, pani dobrodziejko, nie można rang przeskakiwać...
— Wszystko można, jeżeli pan kapitan zechce... Pan kapitan był zawsze na nas tak łaskaw.
— No, no... to już dla pani dobrodziejki zrobię ten wyjątek... Dam rozkaz szefowi sztabu.
I wołał:
— Panie Baltazarze! panie marszałku! panie pułkowniku!...
Pan Baltazar, ubrany w suto szamerowaną węgierkę, w wysokich palonych z ostrogami butach, przy pałaszu i pistoletach, wchodził do alkierza i następujący otrzymał rozkaz:
— Każ pan, panie szefie sztabu, dla podporucznika Tomasza, za odznaczenie się gorliwością, napisać nominację na porucznika, a za odznaczenie się czujnością drugą nominacyę na kapitana... Rozumiesz pan, panie pułkowniku?...