Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 52
dwie nominacje, jedną na porucznika, drugą na kapitana...
— A nie możnaby w jednej to wszystko wyrazić?...
— O!... co znów!... Porządek wojskowy nie pozwala na przeskakiwanie rang...
Pani Tomaszowa dziękowała. Zaręczała, że do śmierci nie zapomni kapitanowi. Opowiadała, że mąż jej cierpi na bóle głowy i trudów w ogóle nie znosi.
Takie i tym podobne sprawy szły jedna po drugiej. Żony wstawiały się o mężów, siostry o braci, matki o synów, ciotki o synowców i siostrzeńców. Kapitan nie miał chwilki wytchnienia. Dawał rozkazy po rozkazach, a wszystkie za pośrednictwem szefa lub podszefa sztabu, albo też pierwszego adjutanta; z alkierza przenosiły się do pierwszej izby, gdzie przy długim stole, który wczora, jeszcze był szynkowym, sześciu pisarzy nieustannie pisało.
W pisaniu tem zachowywał się pewien porządek. Papiery wychodzące wciągane były za numerem do wielkiej księgi. A że, wyjąwszy nominacji, innych papierów jeszcze nie było, przeto wielką księgę w czwartej części zapełniały nazwiska szlacheckie, ozdobione tytułami wojskowymi. Ostrożny pan Baltazar zrobił uwagę, że ta księga, gdyby nadzwyczajnym jakim wypadkiem dostała się do rąk policyi, otóżby ją ucieszyła! Lecz kapitan, a za kapitanem wszyscy śmieli się z tej uwagi.