Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 53
— Teraz kolej na nas wyprawiać ich w Sybir... — rzekł wódz pół seryo, pół żartobliwie. — Niechno się do nich wezmę!... Niechno uszykuję się w koło... Całą armję Dybicza i Paszkiewicza na otręby spytluję...
W całej okolicy, która dostarczyła kontygensu na obóz pod Rzymem, nie było ani jednego nieprzyjaciela, wyjąwszy z Mereczu, gdzie jak wiemy znajdowało się kilkunastu kozaków, kilku inwalidów i Mikołaj Pawłowicz. Zabrać ich było rzeczą najprotszą i najłatwiejszą. Cały obóz, nawet w niewieściej swojej połowie upominał się o to. Lecz kapitan miał plany, które w tajemnicy chował, a dla których potrzeba mu było wiedzieć o rozkładzie i ilości sił nieprzyjacielskich na lewym brzegu Niemna. W tym celu zwołał radę wojenną, i wezwał na nią szefa i podszefa sztabu, pierwszego adjutanta, naczelników broni i dowódzcę straży, przybocznej.
Wezwanie Piotra, będącego tylko podporucznikiem, obok tak wysokich dygnitarzy jak pułkownicy, tłumaczyło się tem, że on jeden miał dowództwo rzeczywiste.
Gdy się wezwani zeszli i na łóżkach żydowskich zasiedli kapitan zamknął drzwi od alkierza i objawił cel narady. Objawiwszy, zapytał o zdanie, zaczynając od najmłodszego stopniem.
— Co myślisz, podporuczniku?...
— Myślę — odparł zapytany — żeby wyprawić pięćdziesięciu ludzi do Merecza, oto otoczyć miasto, zabrać inwalidów i zasidatela i rozpytać się ich...
— A pan co myślisz, majorze?... — zapytał pierwszego adjutanta.
— To samo, co podporucznik Nuszkiewicz, z tą jedynie modyfikacyą, że wysłać należy nie piędziesięciu, ale stu ludzi.