Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 55
— I tak... nieznacznie a zręcznie... rozumiesz?... dowiedzieć się o siłach, co stoją za Niemnem?...
— Czemu nie... Mogę się rozpytać samego zasidatela...
— Tylko zręcznie, rozumnie... rozumiesz?... — mówił kapitan z miną tajemniczą.
— Rozumiem... Już ja potrafię z nim pogadać...
— Jedźże prędko, a jak się dobrze sprawisz, bądź pewny nagrody sowitej..
— Ja w nagrodę proszę, ażeby wielmożny pan wódz był taki łaskaw i przyjął odemnnie baryłkę gorzałki, a od mojej żony dziesięć kóp obwarzanków... Wielmożny pan nie będzie sam tego pił i jadł, choć gorzałka jest echt szabasówka, przez alembik na jałowcu przepuszczona, a obwarzanki na jajach i mleku...
— Dobrze, dobrze.. — odparł protekcyonalnie kapitan, klepiąc Srula po ramieniu. — Napiję się twojej gorzałki i zjem jeden z obwarzanków twojej żony... Tylko spiesz się... Wieczór niedaleko, a przed północą musisz być z powrotem, bo potrzeba podjazd wysłać...
— Jeszcze mam jedną prośbę do wielmożnego wodza... — rzekł Srul nieśmiało, z nizkim ukłonem.
— Cóż przecie?... potrzebujesz może rubli parę?...
Żyd cmoknął z oznaką przeczenia i niecierpliwości.
— Ja tu trochę rublów przywiózł...
To mówiąc, dobył z pod kaftana spory węzełek i położył na stole.
— Ale ja chciałbym prosić wielmożnego pana, ażeby wielmożny wódz był łaskaw poprosił wszystkie panie, niech one jadą do domów... Moja Ruchla, gwałt, chciała ze mną jechać, żeby się na Polaków popatrzeć, ale ja