Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 57
bie i głowę czarnym myślom zawiesił.
Byłoż bo zaiste czego w czarne pogrążać się myśli.
Piotr nie był wojskowym z rzemiosła, tylko z tego, że tak powiem instynktu, który każdego Polaka czyni żołnierzem z urodzenia. Potrzeba go tylko stosownie zażyć, jak arabskiego konia — nie ściągać zbytecznie, nie popuszczać zanadto — potrzeba umieć go użytkować — potrzeba, słowem, żeby Polacy urabiali w sobie tę umiejętność wojennego ładu wówczas właśnie, kiedy wojna nie grzmi. Nie urabiali jej przez lat ośmnaście, które poprzedziły powstanie 1831 roku, i nie można było obwiniać ani kapitana, zaimprowizowanego wodza, ani pana Baltazara, zaimprowizowanego szefa sztabu, ani pułkowników, podpułkowników i majorów, zaimprowizowanych dygnitarzy, ani szlachty, zaimprowizowanych żołnierzy. Wszystko to była improwizacja arcy-poetyczna, obwiana dokoła niby nimbem, urokiem miłości. Miłość ojczyzny kazała szlachcicom rzucić lemiesze chwycić za oręż; miłość rodzinna ściągnęła do obozu dwa razy tyle kobiet co mężczyzn; miłość ugrupowała wielką tę gromadę w pomniejsze gromadki, a w tych ostatnich brzmiały pocałunki, może ostatnie, płynęły łzy, może wieczne. Tu matka żegnała i błogosławiła syna, tam żona nie mogła się oderwać od męża, ówdzie siostra trzymała za rękę brata, gdzieindziej kochanka ukradkiem wsuwała jakąś pamiątkę w rękę kochankowi. Trudnoż było