Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 58
kapitanowi w tę poezyę trzasnąć piorunem rozkazu i wypędzić ją z obozu. I on snadź miał serce. I jemu się może przypomniało rozstanie z matką, siostrą, kochanką.
Tak rozmyślał nasz Piotr i na czole, piętnem palącem, wystąpił mu ostatni pocałunek żony, która niedaleko — o milę od obozu — biedna, we łzach tonęła. I począł sobie wymawiać zbytnią surowość, począł zazdrościć tym, którzy się jeszcze cieszyli widokiem osób ukochanych.
— Biedna ona!... — westchnął głęboko.
Podniósł głowę i rzucił okiem po obozie, który w tej chwili dziwnie fantastyczny przedstawiał widok. Słońce zaszło. Za karczmą w lesie rozłożyła się drobna szlachta i rozpalała ogniska. Była to iluminacya boru sosnowego. Płomienie wysoko strzelały do góry, oświecając zielone kity sosen i o ich pnie oparte bronie i kręcące się pomiędzy niemi postacie marsowe. Przed karczmą rozłożyło się obywatelstwo. I tu była iluminacja, na. którą składały się w części ogniska, w części zwykłe i smolne latarnie, oświecające poustawiane bezładnie powozy i konie i rozliczne sprzęty, i obojej płci ludzi i połyskujący tu i ówdzie oręż.
Z wieczora powstał gwar i brzmiały pieśnie. Drobna szlachta śpiewała chórem "Kto się w opiekę..." w obywatelskiej połowie słychać było nutę mazura "Nasz Chłopicki..." Śpiewacy