Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 6
— Człek musi mieć pełną głowę rozumu, ażeby sobie dał radę w tym lesie, w którym drzewami są szlachcice i żydzi... Istny las! a szumi, kanalja!
Po chwili dodał:
— Z tym huncwotem, Cezarem, stała się historya jakaś... Raport mówi o śladach, a śladów nie było... Trzeba to przy śledztwie rozjaśnić tę tajemnicę, która wygląda tak, jakby ten szlachcic wiedział, że żyd go śledzi... Hm!...
Kręcił głową i myślał — i myślał, gdy sanki zaszły — wsiadł do sanek i jeszcze myślał.
Domyślności czytelnika zostawiam szczegóły zasidatelskiego myślenia, podsmarowanego sztofem okowity. Od siebie powiem tyle tylko, że nie przeszkodziło ono weselu w Poderniszkach — weselu, od którego opisu uwalniam siebie — dlaczego? — bo musiałbym powtarzać po tysiąc zapewne razy przez innych opisane "pijące gardła", których w owych czasach, na Litwie, nie żałowano. Piwnica poderniska wytrzymała przypuszczony przez całą okolicę atak. Wypito mnóstwo. Pomiędzy innemi rzeczami, wypito dwie beczki miodu, z których jedna syconą była w dniu urodzin Frani, druga w dniu urodzin Rózi. Nieboszczyk Wież postanowił nie otwierać ich pierwej aż na wesele córek. Postanowienia tego dotrzymano. Beczki stały nietykalne — pokryły się pleśnią starości i doczekały wesela Rózi. Podług sprawiedliwości beczka Frani powinna była czekać dalej. Lecz Frania, ani mówić sobie o tem dała.
— Wesele Rózi jest i mojem...
Więc trzydziestoletnia, omszona beczka została do kropelki wypróżnioną, po niej siedmnastoletnia, a obok nich kilka innych. Loch podernicki opustoszał. Zwracano na to uwagę