Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 60
miał uchwycić, gdy ten raptem się odwrócił, wyciągnął rękę i krzyknąwszy: idź za Srulem z pistoletu wypalił. Kula jednakże ominęła go. Piotr stanął. Postać znikła; ale po głosie, przy błyskawicy strzału, dała się poznać Piotrowi. Takie okoliczności poprzedziły zjawienie się Srula u zasidatiela, o których mówiliśmy wyżej.
— Cezar!... — zawołał.
Wystrzał padł śród uśpionej drobnej szlachty. Cisza nocna i głuchość sosnowego boru spotęgowały jego doniosłość. Cały obóz zerwał się na nogi. Powstało zamieszanie, którego piórem opisać nie sposób. Drobna szlachta zbiła się w gęstą kupę, która się w las mimowolnie usunęła. Pomiędzy obywatelstwem zawrzało jak w kotle. W gwarze słyszeć się dawały po polsku i litewsku wołania:
— Zaprzęgaj!...
Z wołaniami temi mieszały się kobiece okrzyki trwogi i głośne płacze.
W celu jak najspieszniejszego uspokojenia tego zamieszania, Piotr pędem udał się do głównej kwatery, gdzie wódz i sztabowce z największym ubierali się pośpiechem, i zdał sprawę z wypadku; zdawszy, ofiarował się natychmiast dowiedzieć i o losie Srula i o stanie rzeczy w Mereczu. Kapitan w pośpiechu nie pytał go, jak się dowie, odpowiedział:
— Rób co chcesz!...
I za chwilę Piotr siedział już na kasztanie i z kopyta ruszył jak strzała. Oddalenie Rzymu od Merecza nie dochodziło półtorej mili. Piotr przeleciał je w półtora kwandransa. W Mereczu ściągnął cugle i stępem podjechał do zasidatelskiego mieszkania.
Wrota znalazł otwarte. Wjechał na podwórze. Okna były czerwonawo oświecone bladem z wewnątrz światłem.