Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 61
Zbliżył się ku oknom i zdziwił się, znalazłszy i drzwi od dworku na roścież otwarte. Pochylił się na siodle, spojrzał przez szybę i od widoku, jaki wzrok jego uderzył, nie mógł oczu oderwać.
Czytelnik wie, co to był za widok.
Przypatrywał mu się Piotr przez chwilę, póki w ciele na ziemi leżącem nie poznał Srula. A gdy poznał, natychmiast z konia zeskoczyły szybko wydobył z za pasa pistolety i z odwiedzionemi kurkami do izby wbiegł.
Świeca się dopalała. Do koła panowała cisza.
Piotr przez chwilkę słuchał. Nie dosłyszawszy jednak szmeru najmniejszego, któryby oznajmiał ludzką obecność, włożył pistolety za pas i schylił się nad leżącym.
— Trup, czy nie trup?... — nasunęło się mu pytanie.
Nie miał czasu nad odpowiedzią długo myśleć. Ciało nie było zimne — to mu wystarczało. Porwał przeto żyda na ręce, siadł na konia, trącił kasztana cuglami i z miejsca pomknął. Dźwięk kopyt rozległ się w ciszy nocnej. Piotr mknął, jak duch, jak upiór unoszący Lenorę. Nie wracał jednak drogą tą samą, którą przyjechał. Z Merecza wziął się ku Poderniszkom. W niespełna godzinę stanął na podwórzu dworu swego. Zakołatał. Otworzono. Rozbudzona żona z krzykiem wybiegła do niego, lecz, ujrzawszy. Srula, z przerażeniem odstąpiła. Wybiegła i panna Franciszka i sędzina i sług kilka.
— Wody! wina!... — wołał Piotr. Bryznął wodą w twarz Srulowi, wina mu
do ust nalał. Chory przełknął, oczy otworzył, i pierwszemi wyrazami, jakie wymówił, były następujące:
— W Sejnach ich nie ma, w Kalwaryi i Marjampolu także nie ma, w Grodnie wszystkiego dwie roty, w Suwałkach pół sotni kozaków...
Tchem jednym wyliczył wszystkie w pobliżu znajdujące się oddziały nieprzyjacielskie,
o których wiadomość wyciągnął od zasidatela, uśmiechnął się do Piotra i omdlał. Piotr powierzył go staraniu kobiet, uścisnął żonę,
i wskoczył na koń. Nim dzień zawitał, był z powrotem w obozie, który z powtórzeniem w głębokim pogrążony był śnie.