Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 62
XIV.
Ukradłem czytelnikowi scenę pożegnania pomiędzy młodem, cnotliwem a całą potęgą miłości kochającem się małżeństwem, scenę rzewną, tkliwą i ani trochę nie romansową, pomimo, a raczej właśnie dlatego, że romansowość w żonie zabijały przypadłości takie same — jakich człowiek doznaje na morzu, w mężu myśl poważna zostania za kilka miesięcy ojcem. Cóż robić!... Nie czas już do tej sceny powracać. W rozdziale XIV byłaby już ona anachronizmem powieściowym. A przytem "ważniejsze — jak powiada Słowacki — doradza mi muza."
Na początku poprzedniego rozdziału wspomniałem "o innym obozie, wyglądającym także jak powstańczy", to znaczy, nie jak obóz regularnego wojska pomimo, że była w nim pewna regularność pod tym przynajmniej względem, iż otaczały go straże czyniące, jeżeli nie niemożliwym, to bardzo trudnym ukradkowy przystęp do legowiska, założonego w gęstym ostępie. Samo wybranie miejsca zdradzało długą praktyką nabyte doświadczenie. Nie można było lepiej ukryć dwudziestu kilku wybornie uzbrojonych ludzi i tyluż osiodłanych koni. Dokoła otaczał ich gęsty las, przez który wijące się ścieżki były drogami udeptanemi przez dziki i jelenie. Na dnie ostępu sączył się strumień. Konie, uwiązane do drzew, dojadały w torbach obrok. Ludzie leżeli przy koniach. Strumień szemrał. Drzewa cicho szeptały. Najmniejsze poruszenie nie dało się widzieć ani słyszeć w tym milczącem obozie od zmroku, aż do chwili, kiedy strzał Cezara sprawił popłoch w obozie powstańczym.
Ten strzał doszedł głucho, dalekiem doniesiony echem, lecz żadnego nie sprawił wrażenia. Równocześnie wszakże z nim rozległ się odgłos turkotu kół, niby głuche bębnienie. Turkot ucichł raptem i huknął puhacz, raz, drugi i trzeci. Trzy razy lasowe echo żałośnie stęknęło, a gdy zamarło, jeden z leżących przy koniu podniósł głowę, do ust obie przyłożył dłonie i zawył wilczym głosem. Echa zadrżały. Na wycie, gdy ustało, puhacz odhuknął.