Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 63
Wówczas ten co wył, ludzkim przemówił językiem:
— Drogą Bingielską ktoś jedzie, co chciałby do nas trafić, a nie może...
I zawołał;
— Ciepkun! skocz-no i przyprowadź!... To musi być błahorodie, ale bez Cezara... Cezar gdzieś na robocie...
To rzekłszy, spuścił głowę, a jeden z jego towarzyszy zerwał się, czapkę na oczy nasunął, pas poprawił, pochylił się i poszedł szybkim krokiem, rozchylając rękami gęstwinę.
W obozie znów zapanowała cisza, która jednakże nie trwała już długo. Po upływie nie więcej jak półgodziny, wysłaniec wrócił, prowadząc za sobą dwóch ludzi.
Ten co pierwszy pozdrowienie wymówił, dał się poznać po głosie. Był to dobrze nam znajomy Mikołaj Pawłowicz.
Na jego powitanie nikt nie powstał. Nikt mu żadnego nie zadał pytania. On jednak, jakby czuł potrzebę wytłómaczenia swojej obecności w tem miejscu i w tem gronie, rzekł:
— Schowałem się pomiędzy wami przed buntowszczykami... Ręka rękę myje... Zasłaniał was ja, teraz wy zasłonić musicie mnie... Potem znów na mnie kolej przyjdzie...
— Bądź spokojny, błahorodie... — odpowiedział mu ten, co wył. — Pomiędzy nami będzie tobie, jak u Pana Boga za drzwiami.. Cóż się z Cezarem stało?...
— Poszedł do Rzymu, rozpatrzyć się pomiędzy buntowszczykami... Powinienby wkrótce przyjść...
— Słychać było strzał w tej stronie...
— Strzał?... — zapytał zasidatel zaniepokojony.
— Może go Polaki podpatrzyli... i podstrzelili...