Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 64
Ten domysł wydał się prawdopodobnym, zwłaszcza po upływie kilku godzin, które zasidatel, płaszczem owinięty, spędził na ziemi, mając pod głową poduszkę skórzaną. W tem położeniu mógł się przekonać, jak, przyłożywszy do ziemi ucho, słychać dalekie dudnienie. Słyszał tętent czwałującego konia. Ten tętent zwrócił na siebie uwagę tego co wył, który w nieobecności Cezara pełnił funkcyę naczelnika szajki złodziejów. Nazywano go Ali.
— Słyszysz?... — zapytał zasidatel. — Słyszę... — odpowiedział Ali.
— Co to jest?...
— To Piotr Nuszkiewicz jedzie na kasztanowatym ogierku... Żaden koń nie umie tak ziemi kopytem trącać, żaden jeździec nie umie tak jeździć...
Zasidatel zębami zgrzytnął i w matkę załajał.
— Woł, a Cezara jak nie ma, tak nie ma...
Nie było go do samego rana. Dobrze już rozświtało, gdy w niedalekiej od obozu odległości odezwało się gwiznięcie.
— Otóż Cezar!... — zawołał Ali zrywając się.
I kilka razy głosem psa szczeknął.
— Z ciebie jak widzę i wilk i pies... — rzekł zasidatel powoli się podnosząc i na poduszce siadając.
— Jak potrzeba, i kot, i żaba, i lis, i świnia...