Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 66
czyk. Każdy prawie do innej należał narodowości, każdy miał odmienne rysy twarzy i kształty postaci, a każdemu na twarzy dusza wypisała i stęplem opatrzyła świadectwo:
— Złoczyńca...
A jak rozmaitymi z narodowości, tak też i rozmaitymi były ich stroje: żydowskie łapserdaki i lisie czapki, moskiewskie kaftany, czerwone lub błękitne koszule, i wysokie, u góry wązkie, a po środku węższe niż u góry, z małą kryzą kapelusze, siermięgi i baranie czapki kożuszki i kaszkiety, kapoty i słomiane kapelusze, surduty, czamary i mycki. W uzbrojeniu ich nie było strzelb, szabel ni spis, tylko pistolety, topory, długie noże lub kindżały i nabite krzemieniami lub ćwiekami buławy.
Gdy usiedli, Cezar głos zabrał.
Zapomniałem powiedzieć, że były arendarz Rzymu nie z próżnemi przyszedł rękami. Przyniósł on pod pachą grubą na dwa palce, w kształcie dużej ćwiartki, w pstry papier oprawną i nowiuteńko wyglądającą księgę, którą obok siebie położywszy, opowiadał co następuje:
— Byłem w polskim obozie dwa razy... Pierwszy raz wkradłem się po cichu, ale mnie spostrzegł i o mało nie złapał ten pies, szlachcic z Poderniszek...
— Sukinsyn... — mruknął zasidatel.
— Musiałem uciekać; on za mną gonił i już chwytaj za kołnierz, alem mu strzelił pod sam nos..