Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 67
— Zabiłeś?... — krzyknął zasidatel.
— Chybiłem... Strzał jednak wielce mi pomógł... Szlachcic się zatrzymał... W obozie zaś powstało zamieszanie, które pozwoliło mi powrócić i wszystko obejrzeć... Kiedy Polaki krzyczeli i biegali, ja podszedł do Rzymu i, zobaczywszy, że nikogo tam niema, wszedłem tylnemi drzwiami do środka i naprędce zabrałem tę oto książkę, która w szynkownej izbie na stole leżała... Chciałem jeszcze co zabrać, ale nie miałem czasu... Wysunąłem się z karczmy i chodziłem sobie po obozie, aż póki się nie uspokoiło...
Mówiąc, podał księgę zasidatelowi, który ją od niechcenia otworzył, lecz rzuciwszy okiem na pierwszą stronnicę, nagle zwrócił na nią uwagę całą.
Były to akta powstańcze, nominacye dygnitarzy wojskowych obozu, który leżał pod Rzymem.
— Ho ho!... — zawołał zasidatel uradowany. — Pan Baltazar Trocki, pułkownik! szef sztabu!.. Pan Szymkiewicz, podpułkownik! podszef sztabu!... Pan Pukszta, major! pierwszy adjutant!...
I przewracając ćwiartkę po ćwiartce, czytał kolejno nazwiska wszystkiej szlachty okolicznej.
— Wszyscy tu!... wszyscy są!... — wołał — ani jednego nie braknie!...
A bijąc ręką po książce, dodał: