Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 69
chta nie miała wielkiej ochoty do spalenia za sobą okrętów, które ją na wybrzeże powstania przywiodły.
— Co się z aktami stało?... — pytał szlachcic szlachcica.
— Niezawodnie są w ręku władzy... było ogólne mniemanie. Kapitan mówił, że każe sporządzić inne akta.
— Do czego to!... — odpowiadano — akta są wielkiem głupstwem... Póki nie ma czarno na białem, to przy śledztwie łatwa sprawa... Trzeba być durniem, żeby się w akta bawić..
Sarkanie stało się głośnem. Szlachcice chodzili jak powarzeni i kto wie, czy nie byliby objawili nieukontentowania hurtownym do domów powrotem, gdyby nie te akta nieszczęsne. Nie było po co wracać.
— A, ponieważ nie ma po co wracać, to pal dyabli!... Miałem wisieć za jedną nogę, będę wisiał za dwie... Żono, jedź duszko do domu... ty nie dostałaś nominacyi...
Takiej treści była konkluzya, wyciągnięta z wypadku. Kapitan, ogłoszony durniem, miał jednakże tyle sprytu, że potrafił z niej skorzystać. Dał pokój rozkazowi dziennemu, a urządził nabożeństwo. Pod szałasem z gałęzi ustawiono ołtarz: odbyła się msza, po mszy kazanie, a po kazaniu wódz wykonał przysięgę narodowi.
Uroczystą była chwila, w której kapitan, w lewem ręku trzymając sztandar, w prawem gołą szablę, wzywał na świadectwo Przenaj-