Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 7
Piotra, który wśród pijanych sam jeden potrafił być trzeźwym.
— Szkoda... — mówiono mu.
— Nie szkoda... — odpowiadał. — Świta dla Polski nowa, trzeźwa era... Trzeba zerwać z pijaną przeszłością... Bodajby moje wesele było ostatnią na Litwie pijatyką...
Z pijatyki, z gwaru, z chaosu wywinęła się młoda para, niby świat z odmętu. I stała się światem — dla siebie — światem osobnym a tak pięknym, jakiego od pierwszej chwili stworzenia nie było.
Niektórym z pomiędzy czytelników wyda się to paradoksem. I jest to rzeczywiście paradoksem, ale względnie. Bezwzględnie, w oderwaniu, w stosunku Piotra do Rózi, jaki się pomiędzy niemi po opuszczeniu Poderniszek przez gości wywiązał; był to świat tak piękny, jakiego istotnie od pierwszej chwili stworzenia nie było.
Piotr był szczęśliwy, Rózia była szczęśliwa, sędzina była szczęśliwa, Frania była szczęśliwa, szczęśliwymi byli wszyscy, co ich z blizka otaczali, cała służba, wszyscy poddani — wszyscy i wszystko.
Szczęście było wielkie, bezmierne, lecz trwało krótko. Jedna chwilka — i przeminęło. Słowacki w usta Wernyhory następujące wkłada wyrazy:

— Każdy kwiat ma swe zapachy,
Każdy duch, swój wid pół-jasny,
Każde serce, swój strach własny.