Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 70
świętszą Trójcę, jako krew swoją do ostatniej kropelki, wytoczy za ojczyznę, jako chwyta za oręż z tem, ażeby:
— Zwyciężyć lub zginąć!...
Na te wyrazy, obecni, wszyscy bez wyjątku, uczuli w sobie wstrząśnienie niby elektrycznego płyną i jednym, grzmotowym głosem powtórzyli:
— Zwyciężyć lub zginąć!...
Przysiągł wódz, przysięgli wszyscy.
Ksiądz podniósł do góry krzyż i błogosławił na bój i śmierć za ojczyznę — i kropił wodą święconą.
Szlachta klęczała i głowy pochyliła.
Była to chwila uroczysta, piękna, rzewna, do głębi serca przejmująca. Wątpić nie godzi się i nie można, że przysięga była szczerą, że ci co ją wykonali, mieli silne i niezłomne postanowienie: zginąć lub zwyciężyć.
Po mszy natychmiast wziął się kapitan do uporządkowania oddziału. Kazał konnym wsiąść na koń, pieszym stanąć osobno. Obliczył. Pieszych znalazło się sześćdziesięciu, drugich trzystu kilkudziesięciu. Wczorajszego dnia było więcej — o ile o tem od oka sądzić można — lecz w nocnym popłochu dużo bez wieści znikło. Pozostałych podzielił kapitan na trzy szwadrony i cztery bataliony. Strzelców Piotra mianował kompanią celnych strzelców. Do batalionów i szwadronów poprzydzielał oficerów. Wozy i bryki, których znalazło się półtorasta, oddał pod właściwy za-