Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 72
dzo stary inwalid i dwóch bardzo pijanych kozaków. Reszta w nieładzie pierzchła za Niemen. Wódz ze sztabem wjechał do miasta i rozesłał adjutantów na odszukiwanie manewrujących batalionów i szwadronów.
Zwycięztwo było zupełne. Było miasta na nieprzyjacielu zdobyte, byli i jeńcy wojenni. Kapitan cały tryumf wziął na własny rachunek:
— Co to, panie: krwi nie rozlać, prochu nie zepsuć i miasto zdobyć!... I Napoleonowi sztuka taka rzadko się trafiała... — tłumaczył podkomendnym.
Bataliony powoli jeden za drugim ściągnęły, kapitan w krótkich wyrazach powinszował im zwycięztwa, korpus rozlokował się po żydowskich domach i poszedł spać.
W tym czasie, w którym nasi zwycięzcy, zabierali się do spania, szajka złodziejska występowała w pochód; człowiek za człowiekiem, gęsiego, prowadząc konia na tręzli, bez brzęku i szczęku, wynurzał się z ostępu. W rzadszym lesie łączyli się po dwóch, po trzech i wciąż szli w głębokiej cichości. Nawet konie nie prychały. Doszli do drogi i na koń wsiedli i pociągnęli wzdłuż Niemna, do góry, w kierunku odprowadzającym ich od Merecza. Na czele jechał Mikołaj Pawłowicz i Cezar, za nimi Ali i Grysza, a za nimi reszta. Jechali parami, nie dla szyku, ale dlatego, że na wązkiej drodze tak było najwygodniej.