Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 73
Cezar milczał. Mikołaj Pawłowicz gadał:
— Czort pabieri! ot i człowiek wykierował się na rozbójnika... ot! sztuka!... Powiem prawdę, jak byłem jeszcze dzieckiem i słyszałem o rozbójnikach, to mnie korciło przystać do nich... Postąpiłem do wojennej służby, ieszcze mnie korciło... Ale "służba, nie drużba" powiadają... Człowieka wzięto w kleszcze.. Musztra, warty, czyszczenie broni i odzieży: nie miałem czasu w łeb się podrapać... A długo nie awansowano mnie na oficera, póki się nazywałem Szczoków...
— Szczoków? nie Hilferding?... — zapytał Cezar.
— Szczoków... — odparł zasidatel. — Póki byłem Szczoków, chodziłem w tornistrze pod karabinem i byłbym chodził po dziś dzień gdybym był nie miał takiego przyjaciela, który mi poradził, żebym się przezwał Hilfer i Ding... Bo ty może nie wiesz, że Hilfer znaczy ten co pomaga, a Ding znaczy rzecz, a razem to znaczy "pomocna rzecz..." Otóż ten przyjaciel powiedział mi "zrób się Niemcem..." i dał mi nazwisko... Ja go posłuchał, zrobiłem się Niemcem, przezwałem się "pomocna rzecz", przeniosłem się do innego pułku i zaraz mi to pomogło, bo zostałem awansowany... Na dieńszczyka wybrałem sobie Gryszę, dlatego, że z oczu mu wyczytyłem zbójectwo... Grysza opowiadał mi o swoich sprawkach, a ja mu nieraz mówił: "oj, gdybyż to mnie choć spróbować!..." A on mi poradził, żebym dał dymisyę i podał się na zasidatela do ziem polskich...