Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 75
Ten ostatni przyjechał na żądanie sędziny, w celu rozerwania umysłu tęschniącej za mężem synowej. Dom więc był bezbronny. Mikołaj Pawłowicz obstawił go do koła, a sam, w towarzystwie Cezara i kilku jeszcze, wszedł na ganek i zakołatał we drzwi. Zakołatał silnie raz i drugi. Pogrążeni w głębokim śnie mieszkańcy nie słyszeli. Zakołatał raz trzeci. We wnętrzu domu rozległ się kobiecy okrzyk:
— Piotr!...
Drzwi, szarpnięte od środka niecierpliwą ręką, odskoczyły.
Przed zasidatelem, w nocnej koszuli, boso, z włosami w nieładzie stanęła Rózia.
— Pio... — zawołała — i ostatnie dwie litery zamarły jej w gardle.
Cofnęła się, chciała uciekać, lecz zasidatel pochwycił ją za rękę.
— Poczekaj, nie uciekaj... — rzekł szyderskim tonem. — Ja lepszy niż Piotr... Ja ciebie rybko, kocham...
Rózia szarpnęła się, ale na próżno. Mikołaj Pawłowicz w pół ją objął i pocałował.
Przeraźliwy krzyk wydarł się z piersi zelżonej tym pocałunkiem kobiety.
Przeraźliwy śmiech Mikołaja Pawłowicza był na ten krzyk odpowiedzią.
Scena ta odbywała się w sieni, w obecności Cezara, Gryszy, Alego i kilku innych złodziei.
Nagle na progu, prowadzącym do pierwszego pokoju ukazał się w nocnem rozebraniu pan Nepomucen i zagrzmiał zapytaniem:
— Co to?...
A ujrzawszy synowę szamoczącą się z zasidatelem, poskoczył i pochwycił tego ostatniego za gardło.
Zacharczał Mikołaj Pawłowicz.
— Och!... — krzyknął pan Nepomucen, chwytając się ręką za głowę, na którą jak piorun szybkie i silne, jak Herkulesowa maczuga ciężkie, spadło uderzenie buławy.
Uderzenie się powtórzyło. Starzec się zachwiał i runął na podłogę.
— Jezus, Marya!... — były ostatnie jego wyrazy.
— Hulajcie, rebiata!... — krzyknął zasidatel, ciągnąc Rózię do pierwszego pokoju przez drgające konwulsjami ciało pana Nepomucena.
— Hulajcie, rebiata!...