Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 8
Przeminęło szczęście, bo do serduszka Rózi, po chwilce upojenia i zapomnienia, zakołatał strach, który się następującym wyraził sposobem:
— Czy to potrwa?...
Nic wyraźnie nie odpowiadało jej: nie. Jednakże to nic napełniało sobą atmosferę. W powietrzu były jakieś szumy i brzęki, jakby dalekie odgłosy szczęku oręża. Te odgłosy uderzały jej słuch i napełniały ją drżeniem. Chowała głowę na piersi męża i złowrogie przeczucie usiłowała zagłuszyć wyrazem:
— Kocham...
Ten wyraz powtarzała i powtarzała bez końca. Najczęściej jednak, kiedy była sama. Wówczas brzmienie jego miało w sobie dla niej coś, co ją przerażało, a przerażenie coś, co ją zachwycało.
Piotr, zdawało się, strachom nie ulegał. Był wesół i nadzwyczajnie czynny. Chwile, które spędzał z żoną, wykradał tym, które cały jego zajmowały czas. Na trzeci dzień po ślubie, pocztą popędził do Warszawy. Powróciwszy po kilku dniach do Poderniszek późnym wieczorem, natychmiast wyprawił Bartka ze szpakiem do Lejpun, a sam nazajutrz, przed świtem, na kasztanku, ruszył do Wilna — i tego samego dnia był z powrotem — a na drugi dzień, trzeci wierzchowiec nosił go od dworu do dworu, od dworku do dworku, od probostwa do probostwa, od zaścianka do zaścianka. Kiedy zaś sam nie jeździł, to do niego się zjeż-