Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 2 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 9
dżano. Tak było wciąż. Jednej chwili nie próżnował — inaczej — nie zapomniał się w objęciach kochającej i kochanej żony. Szczęście domowe nie przeszkadzało mu pełnić obowiązków obywatela-rycerza.
Mijały dnie, tygodnie, miesiące — Piotr był wciąż zajęty, Rózia wciąż tęskniła. Myślała sobie:
— Obowiązki względem ojczyzny?... Rozumiem te obowiązki... Należy je pełnić, ale gdy powołają...
Biedna kobiecina! tym wybiegiem posługiwała się w celu obwinienia przed sobą męża. Gdy powołają? — Któż to ma powołać? — Tego zapytania nie zadawała nawet sobie — nie zastanawiała się nad niem. Gdyby się zastanowiła, odpowiedź znalazłaby się prędko. Kto powołuje Polaków do czynu? — sumienie. Jej się zdawało, że po za sumieniem jest jeszcze ktoś, co daje rozkazy: a że tego ktosia nie widziała, przeto miała Piotrowi za złe, że ją zaniedbuje — ją, która pragnęłaby nie odstępować go na krok, być przy nim i z nim w każdej chwili, obwinąć się około niego jak powój i oddychać jego oddechem, żyć jego życiem, przeniknąć się na wskróś jego jestestwem.
On mój — mówiła sama do siebie — a jakby nie był moim... jakby odemnie stronił...
Piotr nie stronił. Lecz takim jest los Polaka: albo wyrzec się obowiązków obywatela i oddać cichemu szczęściu, albo wyrzec się cichego szczęścia a oddać obowiązkom.